Przekonywała siebie samą, że przed trzecią trudno spodziewać się Hassana — czy raczej Saida ben Alego. To przecież nie Hassana, tylko Saida wyczekiwała. O trzeciej pomyślała przerażona: „Hassan nie znalazł jeszcze ulicy, przy której mieszka Said ben Ali”.
To arogancki grecki portier z hotelu przywołał Hassana z ławki pod bramą, gdzie całymi dniami przesiadywali bezczynni Egipcjanie, Arabowie i Nubijczycy, oczekując na jakieś polecenie władczego mężczyzny. Po tym, jak portier fuknął na Hassana, dał mu zlecenie i przekazał list, odwrócił się do Stiny i powiedział:
— Nie sądzę, by ktokolwiek z całej tej bandy znał choćby jedną ulicę w Kairze poza Muski. Ale zazwyczaj jakoś sobie radzą, nie są głupi, no i szybko biegają.
Jeszcze nie skończył mówić, a szybkonogi Hassan ruszył stromą uliczką, po czym jego błękitna koszula i biały turban zniknęły w tłumie na El Muski.
Dlaczego nie wracał?
A ona na co czekała, z tym rosnącym niepokojem i biciem serca? Wzrok utkwiła w malowanym na czerwono i niebiesko łuku nad wejściem, a gdy ktoś je mijał, ubrany w błękitną koszulę fellachów lub w europejski strój z czerwonym fezem na głowie, wzdrygała się i natychmiast rumieniła.
Dlaczego tak czekała? Przecież nic się nie zmieniło. Said ben Ali wciąż był innej rasy, innego wyznana, a ona nadal go nie kochała. Był u siebie w domu, tu, gdzie ona jest obcą; wcześniej ona była u siebie, a on — obcym. Wmawiała sobie, że to nieistotne. Próbowała uspokoić się myślą: „To tylko nastrój, który przeminie, kiedy posłaniec przekaże wiadomość albo gdy on sam przekroczy łuk bramy”.
Czy ten Hassan nigdy nie wróci? Odwróciła wzrok od wejścia i przeniosła go na kamiennego sfinksa, ustawionego naprzeciwko grupy palm, pod którymi siedziała. Przez moment wpatrywała się w szeroko otwarte oczy, prosty nos, sztywne fałdy brody; nie, nie mogła spuścić z oczu bramy. Ponownie spróbowała odwrócić wzrok, tym razem na chlupoczącą fontannę — liczyła spadające krople. Czy może liczyła uderzenia serca? Nie, musi się skupić, zobaczyć go, zanim on dostrzeże ją. To konieczne, żeby zdążyła znów stać się sobą.
— Teraz! To Hassan.
Stina podniosła się z fotela. Ledwo trzymała się na nogach.