— No i?! — spytała z zapartym tchem.

Hassan odpowiedział koślawym niemieckim.

— Wiele godzin szukałem. Wszędzie pytałem, ale nikt nie wiedział. Jutro znów poszukam.

— Daj mi list! — odezwała się gwałtownie.

— Hassan jutro znów poszuka.

— Nie, nie. Nie będę tu dłużej czekać. Jutro sama pojadę do szkoły Abbey.

— Jutro jest piątek. Szkoła zamknięta.

„A w sobotę mamy wyruszyć w podróż po Nilu”, po głowie przemknęła jej zlękniona myśl. Wyciągnęła dłoń po list, który Hassan niechętnie jej oddał, po czym włożyła mu w rękę kilka monet. Wrócił do kolegów, a ona opadła na fotel. Napięcie minęło. Bicie serca uspokoiło się. Poczuła przytłumione rozczarowanie, lecz także ukojenie; zdyszany niepokój minął, teraz ma czas, by przygotować się na to, co nigdy się nie wydarzy. Miotało nią mnóstwo sprzecznych uczuć, zamknęła oczy. Przez powieki przebijały roztrzepotane błyski słońca, usłyszała powolne chlupanie wody w fontannie, wdychała zapachy rozgrzanego ogrodu. Długo siedziała z zamkniętymi oczami, aż wybudziła ją dłoń w rękawiczce, która lekko uderzyła ją w ramię. To jej szwagierka, ubrana na biało, pachnąca fiołkami.

— No, Stino, gdzie twój Egipcjanin?

— Nie było go tu, Agnes — odparła. — Byłam sama.