Mówiąc to, miała wrażenie, że żartuje, że wcale nie była sama — on tu był.
— Ach tak. Nil cię pozdrawia. I ogrody Al-Azbakijja69. Tam też poszliśmy, widzieliśmy przygotowania do jutrzejszej uroczystości. Organizują tam festyn z okazji jubileuszu koronacji kedywa70. Wieszają miliardy kolorowych lampek. Miło będzie wziąć udział w arabskim festynie, prawda Stino?
Agnes zdjęła kapelusz i rękawiczki i odłożyła je na marmurowy stolik obok. Nagle odezwała się:
— Wyglądasz jakoś inaczej, Stino. Płakałaś?
— Nie, nie płakałam — odparła Stina, upominając siebie w głębi duszy.
„Dlaczego się wygłupiam? Przecież płakałam”. Przetarła oczy wierzchem dłoni i nieprzytomnie spojrzała na Agnes.
Wszystko było jakoś inaczej — czyżby śniła?
II
Następnego wieczora ogrody Al-Azbakijja świeciły niczym olbrzymia ognista kula pośrodku dzielnicy Ismaïla, ale dopiero po kolacji w największych hotelach ogród zaczął wypełniać się falującym tłumem. Amerykańskie i europejskie damy i panowie z Shephearda, Continentalu, Savoya, Gezireh71 oraz innych hoteli cisnęli się przy wejściach z innymi europejskimi i amerykańskimi damami i panami; a im bliżej zaciekawieni ludzie Zachodu podchodzili do sklepienia błyszczącego barwnymi lampkami, do centrum festynu, stawu otoczonego sznurem iskrzących się, błyszczących, rozmigotanych girland z lampionów we wszystkich możliwych kolorach, tym wyraźniej dostrzegali w tym roju mieszkańców Wschodu. Ludzie Wschodu i Zachodu mieszali się w tłumie. Obok siebie ciemne i jasne twarze, jaskrawe i czarne stroje. Zachodni panowie i wschodnie kobiety w ciemnych okryciach tworzyli ostry kontrast z tą wielobarwnością. Szczególnie wyróżniały się Arabki w czarnych jedwabnych szatach z czarnymi chustami na głowach, przymocowanymi spiralną miedzianą ozdobą — a spod spodu błyszczały ich czarne oczy w kształcie migdałów.
Po stawie w tę i z powrotem pływały dostojne, rozświetlone łodzie. Na jednej z nich wiosłowali odziani w jedwabne stroje piękni orientalni mężczyźni w turbanach. Przy każdym zanurzeniu wioseł nad ich głowami kołysały się kolorowe lampiony, łódź mijała inne fantastycznie oświetlone jednostki, wypełnione czarnymi młodzieńcami w białych strojach albo jasnobrązowymi, odzianymi w błękity. W łodzi brązowych mężczyzn grano na zgrzytających, piskliwych instrumentach, których przeszywający dźwięk mieszał się z dzikim łoskotem tureckich trąbek i brutalnymi miedzianym uderzeniami, dobiegającymi z licznych scen w ogrodach. Z łodzi czarnych mężczyzn roznosiły się jednostajne, rzewne pieśni, przy akompaniamencie klaskania; co drugą sekundę nad stawem wystrzeliwała sycząca rakieta, tworząc raptownie łuk. Fajerwerki huczały i gwizdały, a deszcz skapujących iskier oświetlał coraz liczniejsze grono gawiedzi nad stawem. W miarę upływu wieczoru sztuczne ognie stawały się coraz okazalsze — słońca i półksiężyce, ogniste fontanny, zaszyfrowane imię kedywa i sentencje z Koranu w roziskrzonych literach. A cały ten syk, zgrzyt, trzaski i chaotyczny gwar raz po raz zagłuszały huki salw armatnich i grzmot trąbek.