Kiedy gromada zbliżyła się do Stiny, jasna rakieta wystrzeliła w powietrze. Ubrany po europejsku młodzieniec podniósł szybko najmniejszego chłopca na ręce, żeby ten lepiej widział. Był to czterolatek o krótko przystrzyżonych, czarnych włosach z czerwonym fezem na głowie. Coś w sposobie, w jaki dziecko zostało podniesione do góry, sprawiło, że Stinie serce zaczęło mocniej bić, ale światło było zbyt niewyraźne, by była całkiem pewna.

Wtem na wprost zapłonął czerwony bengalski płomień72, oświetlając ich twarze. Stina wydała z siebie okrzyk:

— Said ben Ali!

Odwrócił się, ale, oślepiony mocnym blaskiem, nie dostrzegł jej. Wciąż trzymał dziecko na rękach.

Wyciągnęła do niego dłoń.

— Panie ben Ali — odezwała się ostrożnie — zdaje się, że mnie pan nie poznaje.

Malec, obejmujący jego szyję, wskazał na trzy iskrzące się koła po drugiej stronie stawu i powiedział coś po arabsku. Drugi mężczyzna i gromadka dzieci patrzyli na Europejkę w białym odzieniu, która stanęła im na drodze i do nich zagadnęła. Przez chwilkę Stina była przekonana, że się pomyliła i że to nie Said ben Ali, ale ktoś bardzo do niego podobny. Spłonęła rumieńcem i odwróciła, by odejść.

W tym momencie Said ben Ali oprzytomniał. Szybko przekazał malca bratu; Stina pojęła, że młodzieniec w zielonym turbanie to brat Saida — byli do siebie bardzo podobni, choć ten był młodszy, wyższy i poważniejszy, o bardziej orientalnym wyglądzie. Said odezwał się miękkim głosem, który Stina tak dobrze znała i który na chwilę przeniósł ją do Nääs:

— Czy to możliwe, panno Brenner, czy to pani? Kiedy przybyła pani do Egiptu? Jest pani sama w Al-Azbakijja? I jak mają się wszyscy z Nääs?

Nie wziął jej za rękę. Stina zrozumiała, że nie śmiał przy bracie i dzieciach.