— Nic poza tym? — wykrzyknęła Stina.
— Owszem, mają jeszcze łapówki i z całą pewnością korbacze80.
Stina poczuła się, jakby dostała korbaczem po policzku; gwałtownie się zarumieniła. Zdawało jej się, że nagle zaczęła widzieć własnymi oczami i mówić własnym językiem. Oczy zawilgotniały, a głos drżał jej od powstrzymywanego płaczu. Powiedziała przemiłemu, uśmiechniętemu Anglikowi, jakie każdy inteligentny mieszkaniec Wschodu musi mieć zdanie na temat europejskiej cywilizacji z jej misjonarzami, jej... Zawahała się przez moment, bo uśmiechnięta twarz pułkownika przybrała surowe rysy. Ale Stina nie mogła już milczeć, musiała wyrzucić z siebie to, co ciążyło jej na sercu, wypowiedzieć słowa, które usłyszała od Saida ben Alego, a których on jeszcze nie miał okazji przekazać Anglikom. Wokół pułkownika i Stiny zebrała się spora grupa milczących mężczyzn, drwiących z entuzjazmu młodej Szwedki, jej niewiedzy i stereotypów. Stina mówiła dalej:
— Jak pan sądzi, sir Josuah, co myślący ludzie Wschodu...
— Z mojego punktu widzenia, droga panno Brenner, nie ma tu myślących. A gdyby jednak spotkała pani myślącego Egipcjanina, to spieszę panią ostrzec przed niespodziankami, które ma w zanadrzu, nawet z pani punktu widzenia.
Ale Stina go nie słuchała.
— Jak pan sądzi, co myślą o europejskiej cywilizacji, o wojnach burskich81?
— Nie obchodzi nas, co myślą inni — odezwał się Anglik, stojący obok Stiny.
— Albo o pacyfikacji Chin, albo o Kongu?
— Anglia nie zajmuje się Kongiem, droga panno Brenner.