Said ben Ali długo się namyślał, zanim odpowiedział. Stinie zdawało się, że propozycja nie przypadła mu do gustu. Jednak nie miała litości. Pragnęła doświadczyć jak najwięcej egipskiego życia w jego towarzystwie, by upewnić się, czy będzie mogła z nim żyć. Była zbyt roztropna, by nie chcieć poczuć twardego gruntu pod nogami, zanim wykona ten decydujący krok. Ale Said ben Ali nie miał o tym pojęcia i odpowiedział z wyuczoną angielską uprzejmością, którą Stina tak dobrze znała z Nääs:
— Sprawdzę, kiedy grają coś odpowiedniego, i dam pani znać.
— Dziękuję, panie ben Ali. A potem przyjdę do pana na egipską kolację, ze szwagierką, o ile ją namówię. Spotkam pańską matkę, ciotkę i kuzynów, prawda?
Przytaknął.
— Wszystkich pani zobaczy — powiedział uroczyście, ale, jak się jej wydało, z pewnym wahaniem.
Przypomniała sobie ich rozmowę nad grobem w Nääs i zrozumiała, skąd te wątpliwości i o czym myśli. Być może całkiem porzucił plan wzniesienia egipskich kobiet na poziom Europejek? Zadumała się, po czym spytała:
— Jak się miewa mój mały przyjaciel Yussuf, panie ben Ali? I pański brat? Dużo myślałam o pańskim bracie i wyrazie jego twarzy. Jestem pewna, że dokona w życiu tego, co sobie założył.
— Tak pani myśli, panno Brenner? — nieoczekiwanie ucieszył się Said ben Ali. — Jest bardzo inteligentny, nie chce jechać do Europy, nie chce niczego uczyć się od Europejczyków. Mamy odmienne poglądy. Podczas mojej nieobecności zanurzył się we własnym myśleniu. Gdy wyjeżdżałem, był jeszcze dzieckiem i na każdy temat miał takie samo zdanie jak ja.
— A teraz uważa, że wolą boską jest, by ludzie Wschodu byli sobą, czerpali siłę i budowali przyszłość na własnej kulturze i własnej cywilizacji — rzuciła Stina pospiesznie.
Said ben Ali wzdrygnął się.