Jego oczy zabłysły, jak wtedy, gdy w Nääs opowiadał o swym kraju.
— Byliście w Luksorze85 i w Asuanie? Zwiedzieliście świątynię w Karnaku86 i groby królewskie?
— Byliśmy cały tydzień w Luksorze i cały tydzień w Asuanie, wszystko zwiedziliśmy, wszystko. Byliśmy w Sakkarze87, widzieliśmy świątynie w Abydos88, w Denderze89, w Esnie90, w Edfu91, w Kom Ombo92. Brak mi słów, panie ben Ali, ale najwspanialszy był Asuan. Do końca życia nie zapomnę zachodu słońca nad kataraktami93, pustynią i czarnymi, gładkimi skałami w okolicy Elefantyny94 czy klasku księżyca na File95.
— Widziała pani File w blasku księżyca? I co pani sądzi?
Na sekundę zamknęła oczy.
— Tak, zobaczyłam File w blasku księżyca i pomyślałam o księżycu w Nääs.
Przeraziła się. Wystarczyło tych kilka słów, a już zaczynała sunąć w stronę marzeń, które zaraz ją usidlą. I teraz to ona zmieniła temat rozmowy. Spokojnym tonem rzekła:
— Wie pan, że nie przepadam za Anglikami, ale w Asuanie widziałam coś angielskiego, co mnie zachwyciło.
— Tamę na rzece? Tak, to wybitne dzieło, przypomina tamę za Kairem i tę nieopodal Asjutu. Ale to pomysł francuskich inżynierów, a tutejszą zaporę rozpoczęto budować za Muhammada Alego. Zatem Anglicy tylko przejęli pomysł na zbiorniki wody z Nilu i śluzy.
— Nie podziwiałam tamy samej w sobie. Tylko tę siłę roboczą, dwadzieścia tysięcy Włochów i Egipcjan, tak nam powiedziano, pracujących pod kierownictwem dwudziestoośmioletniego angielskiego inżyniera.