VII
Następnego dnia po południu wielki parowiec w aleksandryjskim porcie podniósł kotwicę.
Z pokładu pasażerowie widzieli brzydkie i brudne budynki przy kei, dziurawe, krzywo wybrukowane ulice; słyszeli rozwrzeszczaną hołotę, obecną zawsze podczas odprawy i przypłynięcia parowca — kalecy, ślepi, wyniszczeni ludzie.
Od strony całej tej biedy doleciało do statku śmierdzące, duszne powietrze, którym okropnie się oddychało.
Był to ten Orient, do którego nie należy się zbliżać. Ale teraz parowiec minął latarnię morską i odwrócił się w stronę morza. Rześki powiew przepędził duchotę i wszystkie okropne wonie, milczący pasażerowie zobaczyli z pokładu długie, brzydkie wybrzeże innymi oczami. Widzieli dalej, poza tę linię, widzieli urokliwy kraj z barwnym życiem na kairskich ulicach, na Nilu, wszędzie, gdzie chodzili i którędy jechali. Wszystko, co przed chwilą zdawało się odpychające, obce, brudne i brzydkie, zatonęło w ciemnoniebieskim morzu, a na jego tafli pojawiły się spokojne odbicia księżyca i migoczących gwiazd.
W chwili, gdy wąska, żółta linia lądu, oświetlona chylącym się ku zachodowi, rozżarzonym słońcem, była na tyle daleko od nich, że ledwo ją było widać, kraj ten na nowo stał się cudownym, wspaniałym Orientem. I gdy po raz ostatni spojrzeli w stronę horyzontu, widzieli tam krainę snów, otoczoną promieniami ze złota i różowymi płomieniami.
Jedna z powracających do domu osób, stojąca nieco dalej od reszty podróżnych, spoglądała na złotoróżowy połysk nad długą, żółtą linią z mocno bijącym sercem.
Kiedy blask zgasł, a linia zniknęła, kobieta odeszła niechętnie od relingu.
Gdy się odwróciła, uderzył ją zimny, rześki, silny poryw wiatru. Na błękitnych falach pojawiła się biała piana.
Byli na pełnym morzu.