Powieściopisarz nieapelujący do świadomego przyzwolenia musi działać za pomocą innych środków: ciekawości i współczucia, lirycznej hipnozy.

Cel jest osiągnięty, gdy w momencie intensywnej identyfikacji ujmiemy, nie zdając sobie sprawy, prawo krystalizacji danej jednostki, jej barwę psychiczną, żywą zasadę jej jedności, prawo rządzące jej fenomenami i gdy to prawo stanie się dzięki magii słowa jakością naszego wzruszenia. Jeżeli to zostało osiągnięte, jeżeli wzruszenie jest dostatecznie silne, jeżeli ma ono korzenie w głębszej naturze człowieka, powstaje to, co się nazywa kreacją indywidualności, żywy człowiek stworzony przez sztukę.


Krytyk i biograf mają do czynienia z tym i samymi zagadnieniami, ale pracują w innych warunkach. Pracują na podstawie intelektualnej pewności, że ich przedmiot był życiem, ale muszą też być zależni od natury tej pewności. Pisarz, który by pisał biografię Blake’a w terminach jego mitu lub Bergsona w terminach jego filozofii, gdyby to było wykonalne nawet, utraciłby grunt tego teoretycznego przekonania.


Styl Chestertona jest jednak wielką wadą tego pisarza. Trudno go czytać, nawet gdy go się musi podziwiać.


— Czytam Harrisa389 o Shakespearze. Nie przeczytałem jeszcze nawet pierwszej części, ale już widzę to przynajmniej, że Harris ma przed oczyma pewną żywą i ludzką postać: że Shakespeare jest dla niego człowiekiem i to człowiekiem, którego on zna i rozumie, rozumie, w jaki sposób funkcjonuje ten umysł. Gdy idzie o Shakespeare’a, już to nawet ma wielkie znaczenie. Zazwyczaj Shakespeare reprezentuje pewien mgławicowy stan duszy, na który składa się wynikająca z naszej słabości mitologizmu chwiejność i obłuda. Nie jest hańbą, nie jest winą, jest nawet rzeczą dodatnią, a przynajmniej zrozumiałą, że się nie rozumie Shakespeare’a. To przeświadczenie, że się tu ma prawo nie rozumieć, zostaje skwapliwie wyzyskane przez wszystkie leniwe i obłudne siły naszego estetyzującego intelektu. Tu mogą święcić tryumfy, bez konieczności psychologicznego sprawdzenia, wszystkie nasze estetyczne zabobony. Zazwyczaj nawet bardzo dzika teoria „twórczości” musi wylegitymować się przez zarysowanie chociażby tez fantastyczne, jak wygląda taka twórczość jako przeżycie psychiczne. Ale od czegóż Shakespeare, Dante390, Homer, najlepiej jednak Dante albo Shakespeare (oczywiście wedyjskie hymny391 mają jeszcze więcej zalet, ale nie posiadają niestety, jak dotąd, w zbrutalizowanym i zamerykanizowanym Zachodzie, dość powagi): nie wiemy, jak się to dzieje, jak się to dokonywa, ale się dokonywa i dzieje, np. w głowie Shakespeare’a lub Dantego. Ponieważ nasze głowy nie dorównują tym wyjątkowym, więc — ma się tu fakty, które posiadają wszystkie przywileje rozciągliwości. Nie umiem sobie wyobrazić takiego procesu myśli, ale Shakespeare myślał tak.

S. T. Coleridge niewątpliwie zadał mocny cios temu stanowisku, chociaż jednocześnie — taki już jest paradoksalny fatalizm jego myśli — on sam świadomiej niż ktokolwiek inny tworzył mit Shakespeareowski. Dla S. T. Coleridge’a Shakespeare był „słonecznym okiem”392 Plotyna393, ucieleśnioną intuicją, nieskończonym potwierdzeniem, ale właśnie, aby dowieść sobie, że Shakespeare był tym wszystkim, burzył on mit żywiołowego Shakespeare’a, który sam nie wiedział, co tworzy. Dla S. T. Coleridge’a Shakespeare przynajmniej dla samego siebie był rzeczywistością psychiczną.