A kiedy będę umierał: rozewrze się pamięć jak szereg niezamieszkałych pokojów, pusta, chłodna, milcząca.
Nic... nic...
Patrzą stare sprzęty i milczą...
Na dworze słota jesienna, długa słota.
Zamknąłem się w starej połowie domu. Znam tu każdy mebel, każdy kąt: mógłbym po ciemku, omackiem trafić do każdej potrzebnej mi rzeczy.
Deszcz chlupie o szyby, od czasu do czasu uderzy o nie gałąź drzewa. Stary ogród rozrósł się i wybujał: zaglądają do mnie stare przyjaciółki — lipy, topole, brzozy płaczące. Patrzą. Kiwają żałośnie swymi bezlistnymi gałęźmi. Pamiętają małego Michasia o jasnej, kędzierzawej główce i niebieskich oczach, widzą teraz nagi, poraniony czerep, cały w zmarszczkach i bliznach.
Deszcz pluszcze i płacze, a stare drzewa stukają w szyby pytając:
Co z tobą? Co z tobą? Gdzieś ty był? Gdzieś ty był?
Myśmy tu stały latem i zimą, w pogodę i słotę, patrzyłyśmy w okna, nasze gałęzie stukały, stukały — biły o szyby, kiedy tutaj umierał stary, siwy pan.
Gdzieżeś ty był, gdzieżeś był ty, samotny, dziwny człowieku?