— Wiem — powiedziałem, nie myśląc o ostrożności.

— Takem właśnie myślał. Widzę, człowiek przygląda się, a teraz idzie w tę właśnie stronę. Myślę: zaczepić ryzykownie, a jak nie on? Nam dzisiaj po ulicach włóczyć się nie bardzo wypada, zaszlibyśmy gdzie, ja mam tu jedno miejsce, swoi ludzie...

W mieszkanku, z pokoju i kuchni złożonym, zastaliśmy trzy osoby.

Za stołem siedział mężczyzna o wysokim czole i ślicznych, mądrych oczach. Młoda panienka w niebieskim fartuchu krzątała się koło samowara. W kuchni wysoki blondyn o wesołych oczach i rumianej twarzy dziecka przepłukiwał szklanki.

— Swój człowiek — rzekł Kasjanow. — Feliks Bołchowski, Tarutina, Martynow — przedstawił obecnych.

— Wzięli — rzekł, zwracając się do Bołchowskiego.

Ten sposępniał.

— Szkoda. Szkoda. Jego szkoda szczególniej. I jej. Zadziwiający byli ludzie. Nieszczęście tu zaszło jedno.

— Wiem — powiedziałem — widziałem się z Uśpieńskim.

Bołchowski ożywił się.