— Cóż on?
Powtórzyłem rozmowę, powiedziałem także o Popowie.
— Zdumiewające, zdumiewające — powtarzał. — Popow, mieszanina Falstaffa307 z Sokratesem. Prawdziwie nasza rosyjska kombinacja.
Rozgadaliśmy się.
— Myśmy się tu wszyscy Nieczajewowi przyglądali. On naokoło siebie wszystko rwał i miotał. Ambicja w nim straszna i coś dziwnego jeszcze. Tu, u nas, jak na wiosnę — nim śnieg stopnieje. Dziś nikt nie wie, co jest. Ale ziarna rzucono było wiele. I dojrzewa tam ono, dojrzewa gdzieś. Dobrze wsłuchać się w szmer, a usłyszysz, jak rośnie ono, dojrzewa młoda siła. Za dwa albo trzy lata, albo pięć nie poznamy tej naszej cichej, martwej Rosji, ale dziś.
Podano herbatę, teraz wszyscy siedzieli koło stołu.
— Ostatni raz chyba — rzekł Bołchowski. — Ot, oni — wskazał na młodych — do Zurychu jadą. Cała kolonia tam.
— Wy na przyrodę? — spytałem Tarutinej.
— Ja nie — odpowiedziała. — Medycyny chciałabym, nie wiem, czy zdążę, choć higieny trochę, akuszerii. Zapóźniłam się aż strach. Teraz pędzić będzie trzeba.
— Powinszować im można, pięć dni dopiero po ślubie.