Cicho... stary zegar szepce, chrapie, stęka.
Napracował się on — nie byle co on mierzył. Mierzył noce, kiedy na wielkim łożu konał stary pan. Stary pan umierał, a wciąż nasłuchiwał:
Podejdzie do okna, zapuka. Stary słuch może zawieść, może nie dosłyszeć.
Zrywał się, siadał na łóżku i słuchał, słuchał, a zegar: cyk, cyk... — mierzył. Mierzył krótkie, szybkie, ostatnie już chwile. Stare serce cicho kołatało.
Jeszcze, jeszcze — nadejdzie, zobaczy, usłyszy — powiem mu.
Cyk... cyk... — syczał zegar.
Nie wraca, nie wraca nic, nic... Nie wraca, nie wraca nikt, nikt...
Deszcz o szyby chlupał, gałęzie stukały; i mijały chwile: jedna za drugą — szybkie, nieubłagane.
A każda, kiedy nadchodziła, to mówiła: jeszcze — a kiedy mijała, to szeptała: już nie, już nie.
Już nie, już nie — syczał zegar.