Strzały grzmiały.

Staliśmy wtuleni w mur jakiegoś domu, nadsłuchując.

Raz, raz, raz — rozlegały się salwy.

Później cisza, dziwna cisza w mieście po strzałach, jak gdyby czająca się, wyczekująca, trwożliwa.

Potem padały znowu pojedyncze strzały.

Odpowiadały salwy, jedna, druga, trzecia — znowu cisza.

I znowu to samo.

Wreszcie — musiało być już koło piątej: byliśmy całkiem skostniali.

Cisza trwała długo, długo.

Nagle wpadły w nią trzy krótkie wystrzały, odpowiedziała salwa.