I wszystko umilkło znów.

W kilkanaście minut rozległo się miarowe stąpanie. Kilku oficerów przejechało w dorożkach.

Spojrzeliśmy po sobie — było skończone, w te uliczki wojsko nie puszczało wciąż.

Był już dzień, kiedy usunięto kordon.

Przechodziliśmy niedaleko już od domu, gdy usłyszeliśmy, jak jakaś kucharka mówiła:

„Młodziutka ona taka, leży cała w kwiatach, mówią”.

Mnie te słowa, jakby obuchem w głowę zwaliły. Żemczużnikow strasznie zbladł.

Siedliśmy w pierwszą dorożkę i pojechaliśmy do matki Warii. Gdy skręcaliśmy już w jej ulicę, zatrzymała nas jej pokojówka, zapłakana.

„Niech panowie nie jadą, u nas policja. Ja wczoraj do pana z listem jeździłam. Nieszczęście jakie, pani mdleje, mnie komisarz po doktora posłał”.

W domu Żemczużnikowa zastaliśmy list.