Zacząłem z zimną krwią rozpatrywać się w tych faktach:

— Aresztują nas jeszcze tej nocy lub lada chwila — rzekłem.

— Matka Warii zna tylko moje i Żemczużnikowa nazwisko — powiedział Jaszka.

— To dość.

Trzeba było odbyć naradę wojenną.

— Nieczajew zostawił mi dwa paszporty na wypadek, gdyby jeszcze był czas posłać je do Moskwy — przypomniał sobie Jaszka i sięgnął do pugilaresu Żemczużnikowa.

Paszporty były dobre, zawizowane i całkiem w porządku.

— Musicie znikać stąd — zadecydowałem — zajechać do jakiego hotelu, przeczekać parę dni, nim dostanę pieniędzy, i przedostać się za granicę.

— A ty? — spytał Jaszka.

— Do mnie policja ma dalszą drogę, postaram się jakoś przelawirować i pojadę za wami.