Po długiej, długiej chwili urzędnik wrócił, w ręku trzymał pęk kluczów.
Znowu podszedł do mnie, nadsłuchując. Przekonał się, że śpię, podszedł do drzwi i po paru próbach otworzył je. Po chwili wrócił po świecę. Słyszałem, jak szedł na palcach przez jeden, drugi, trzeci pokój. Gdzieś bardzo daleko słyszałem ciche, skrzypiące kroki. Potem szmer jakby odsuwanego krzesła — i wszystko ucichło.
Zerwałem się i nacisnąłem drzwi, przez które wszedł nocny gość.
Ustąpiły bez szmeru, znalazłem się w jakimś mieszkalnym pokoju, jadalni, o ile można było sądzić w słabym świetle, które płynęło prawdopodobnie z lampki nocnej, palącej się w sąsiednim pokoju.
Na wprost mnie były otwarte drzwi, prowadzące, jak się zdawało, do jakiegoś przedpokoju czy sieni.
Bałem poruszyć się, ale nie było wyboru.
Zrobiłem krok, podłoga strasznie skrzypnęła.
— Filip Aleksiejewicz — odezwano się z sąsiedniego pokoju, gdzie była lampka — cóż po ciemku łazisz jak kot? Klucz od komórki jest w sieni, przy drzwiach.
Stąpiłem teraz już odważnie.
Namacałem drzwi i klucz w zamku, na wieszadle315 wisiało palto i czapka z gwiazdką. Bez namysłu ubrałem się w nie i otworzyłem drzwi, z niewypowiedzianą radością zobaczyłem schody. Zbiegiem z nich i z bijącym sercem pociągnąłem dzwonek na stróża.