Ktoś otworzył drzwi, nie te, którymi mnie wprowadzono, lecz jakieś inne.

Cichutko, skradając się na palcach, wszedł jakiś człowiek, sądząc z wyglądu, drobny urzędnik. Wszedł, trzymając w ręku świecę, którą osłaniał od wiatru drugą ręką.

Wszedłszy, postawił ją na stole i zaczął coś majstrować koło szafy. Po chwili otworzył ją i wydobył jakiś plik aktów314.

W tej chwili spostrzegł mnie — udałem, że śpię. Urzędnik podszedł do mnie bliżej, poświecił mi świecą w same oczy, usiłowałem się nie uśmiechnąć, poruszyłem się tylko niespokojnie, jak czynią to ludzie śpiący.

Przybysz uspokoił się, siadł koło stołu i delikatnie scyzorykiem zaczął w aktach wyskrobywać jakieś cyfry.

Czegoś brakowało mu jednak, gdyż kręcił głową.

Po chwili podszedł do drzwi, przez które wprowadzono mnie — były zamknięte.

Słyszałem, jak zaklął.

Wziął świecę i przystawiwszy do zamku drzwi, patrzył, czy tkwi w nim klucz.

Klucza nie było widocznie, gdyż po chwili wyszedł, nie zamykając za sobą drzwi. Wiedziałem, że wróci, i bałem się poruszyć. W głowie rodziły się niejasne myśli.