Ksiądz wikary jeszcze spał, organista budzić nie chciał.
„My tu jego przyjechaliśmy na mszę wołać” — i stukamy do okna.
Wyszedł ksiądz.
„Poznajesz tę dziewczynę?” — mówię.
A on w krzyk:
„Precz, chamy, ja ojciec duchowny”.
Z nim my już tam długo nie gadali. Lipa stała przed domem: tak on i został na tej lipie.
Takie to były moje czyny zbójeckie — mówił stary.
— Nie, nie pojadę ja już do Polski. Kościoły tam i księża, panowie i księża. Nic. Siedli chłopu na szyję i krzyczą: ojczyzna.
Gdybym ja młodszy był — mówił — poszedłbym znów może, a nauczył ludzi na sztorc stawiać widły i kosy, a puścić czerwonego kogutka331. A tak — nie.