— Zostanę — powiedziałem — nie czekam na nic.

Stary położył mi na ramionach ręce i długo milczał.

— Zawsze żałowałem, że nie mam syna. Pamiętaj, że byłoby ci wstyd.

I tak przemieszkałem u staruszka przeszło tydzień.

Długo myślałem, jak znaleźć drogę, skomunikować się ze światem. Nasza sprawa narobiła rozgłosu.

W dziennikach pojawiły się opisy oporu zbrojnego, stawianego przez Brenneisena, a któregoś dnia przyniósł mi Fiediuszko gazetę policyjną z moim rysopisem. Policja wzywała wszystkich obywateli, aby okazali pomoc przy ściganiu i pojmaniu niebezpiecznego przestępcy.

Balem się pokazywać na mieście.

Fiediuszko nie miał znajomości prawie żadnych.

Trzeba się było na coś zdecydować. Postanowiłem jechać do Moskwy. Tam Bołchowski prędzej być może będzie w stanie coś zaradzić. Fiediuszko jednak nie chciał o tym słyszeć — widział on wszędzie niebezpieczeństwa i zasadzki.

Wreszcie zaczął on gdzieś wieczorami znikać; po kilku dniach powiedział: