— Kamieniami tego psa!

— Wy szerzycie zgniliznę!...

— Zabić go, zabić!... Do rzeki z nim!

Tłum schwycił księdza i nim zdołaliśmy się spostrzec, ciągnął go już po ulicy. Ciało wlokło się po ziemi.

Aldy wskoczył w tłum.

Razy sypały się na niego.

— Puśćcie go, puśćcie go.

I z wielkim trudem udało się nam wyrwać księdza z rąk kilku kobiet. Musieliśmy odprowadzić go do mieszkania, gdyż ledwo trzymał się na nogach, za nim biegł tłum, krzycząc, wyjąc i ciskając kamieniami.

Jeden z nich ranił dość mocno Aldego w głowę. Ksiądz chciał koniecznie, abyśmy weszli do jego mieszkania. Katia nie chciała o tym słyszeć nawet. Stała blada, z płonącymi oczami.

— Nie umiem wybaczać — mówiła. — Krzywdy dzieciom i kobietom wyrządzonej nie można wybaczać. Nie powinno się wybaczać takich krzywd.