Miasteczko było w ręku ludu, a ludem rządziła Katia.
Po klasztorze kobiecym przyszła kolej na seminarium. Księża usiłowali organizować samoobronę z kleryków, ale byli oni po większej części synami miejscowej ludności, matki ich szły w pierwszym szeregu napastników.
Starszy wikary został wypoliczkowany przez matkę swą, rybaczkę, w bramie seminarium.
— Tu vas défendre ces saletés-là, les saligauds!366 — wrzeszczała stara, a tłum potakiwał.
— Rozciągnij go na kolanie, matko Lino, niech popróbuje, a lepiej go, lepiej, niech wie, co to jest matka. Wychowujemy ich przecież z własnych oszczędności, z twardej pracy, z groszy uciułanych, a oni później hańbią naszą starość.
— Rzuć mi sutannę, durniu — mówiła matka Lina do syna — rzuć, mówię ci, to paskudztwo. Nie pozwalam ci pozostawać w tym gnoju.
— To poświęcone — wył wikary.
— Cały jesteś poświęcony! — krzyczała rybaczka. — Ot, patrz i — klak, klak — masz po poświęcanej twojej twarzy.
— Hi... hi... matka Lina tęgo bierzmuje! — wołał zakrystian367.
Wikary usiłował coś powiedzieć. W głowie jego musiały migotać rozpaczliwe myśli o zmarnowanej na zawsze karierze. Nie zrobi się przecież biskupem człowieka tak radykalnie ośmieszonego.