Koruta wydał jakś chrapliwy ryk, uderzeniem nogi wywalił drzwi i po chwili widać go było, jak dusił za gardło jakiegoś wysokiego księdza.
— I tyś gwałcił dzieci — ryczał — ty szyzmatyku371, ty siło nieczysta!
Koruta, jak się okazało, był guwernerem u jakiejś generałowej, która zdołała się nawrócić na katolicyzm. Ona to posłała go na odsiecz seminarium, oblężonego przez buntowników. Koruta przypomniał sobie, że zawsze wierzył w Boga, i poleciał na obronę. Generałowa stała teraz na platformie schodów i piszczała:
— Monsieur Koruta! Monsieur Koruta!372
Na ręku trzymała jakiegoś bezwłosego psa, który ujadał.
Gdy Koruta nie zwracał uwagi na krzyki, dama zaczęła targać go za ramię, pies pomagał jej zębami.
— Poszła precz, świnia! — krzyknął Koruta w twarz jej ekscelencji. — Ty czego między nich zalazła? Romansów zachciała. A ty też! — krzyknął na psa i chwyciwszy go za tylne nogi pobiegł, wymachując nad głową tłumu wyjącym i wijącym się zwierzęciem niby maczugą.
— Moje dzieci — zaczął przemowę opasły dziekan, lecz w tej chwili oniemiał: nad głową tłumu przeleciało coś i ugodziło go, wijąc się i wrzeszcząc, w obwisły brzuch.
Wydzierała się też do dziekana stara Lina.
— Ty także mnie musisz pocałować!