— Wstyd wam będzie, gdy zginę.
Za nią biegł olbrzymi, zziajany Koruta, wołając:
— Vive la Commune!379 — jedyne chyba zdanie, jakie umiał po francusku.
Widziałem ją, jak stawała poza noszami, na których nieśli rannych i zabitych i wołała:
— Zemsty, zemsty! Nie zapominajcie, ilu już zginęło. Matki, posyłajcie synów, siostry — braci, żony — mężów. My, kobiety, wywalczymy przyszłość, my rodzimy dzieci, my nie chcemy niewoli na ziemi.
— Paryż się nie podda! — wołała, kiedy wersalczycy380 wchodzili. — Paryż się nie podda. My nie możemy, nie chcemy żyć w niewoli, umrzemy, zginiemy, by istnieć w pamięci, jako wielkie miasto przyszłości, stolica swobody!
I z pochodnią w ręku biegła podpalać gmachy, wołała o proch, dynamit i naftę.
— Zginąć, zginąć pod gruzami, a nie żyć w niewoli! Wołajcie o śmierć, śmierci wołajcie, córki Paryża!
Ulica za ulicą wpadały w ręce wersalczyków. Rozpacz wdzierała się w najmężniejsze dusze.
Katia przechodziła od barykady do barykady.