Nie było nikogo z naszych znajomych Szwajcarów, stał tylko Bołchowski z dwoma czy trzema Rosjanami.

Zeskoczyłem z fiakra.

— Co się dzieje? — krzyknąłem.

— Nie przyszli — rzekł Bołchowski.

Nieprzytomny z gniewu i bólu, schwyciłem kamień i cisnąłem w okno karety. Kamień wybił je. Jakaś znana mi twarz mignęła za szybą:

Plus vite, plus vite!388 — krzyknął czyjś głos.

U wejścia ulicy pojawił się pluton policji.

Trzeba było odejść z bolesnym przekonaniem, że spośród nas, z wolnej Europy krwawa zemsta carska zdołała wyrwać człowieka.

Szliśmy zgnębieni.

Na jakimś placu spotkaliśmy naszych robotników, wyczekujących na coś z groźnymi minami.