— Panie! — rzekł Ehrlich.

— Daj pan spokój gestom. Tacy jak pan płakali w Wersalu nad błędami ludu, a Thiers ocierał im oczy z łez fałszywymi biuletynami o przestępstwach Komuny.

— Frazesy — wzruszył ramionami Ehrlich.

— Ja już wiem, co mam robić — rzekł mój przyjaciel Champion. — Pójdziesz z nami, gagatku.

— Dokąd? — rzekł Ehrlich.

— Na posterunek policyjny, odbijemy więźnia.

— Oszaleliście chyba! — oburzył się przywódca ludu. — Taktyka nasza nie znosi takich prowokatorskich sztuczek. Ci panowie z Rosji...

— Ci panowie z Rosji będą mieli prawo pluć nam w twarz, jak ja panu pluję, jeżeli my nie zmyjemy tej hańby.

— Ja poślę po policję! — krzyczał Ehrlich. — My mamy swobodę. Poszanowanie praw obywatelskich.

Tego samego wieczora tłum, z pięćdziesięciu robotników, kilkunastu studentów, Rosjan i Polaków, próbował wedrzeć się do więzienia.