Stosunek mój do Lii mógł być nazwany tak, jak on go określał.
Wiedziałem, że znika ona gdzieś i że ma pieniądze, jednak nie rozstawałem się z nią, nie pytałem o nic.
Przychodziła wieczorem, kładła się koło mnie, oplatała mnie swoimi ramionami, całym gibkim ciałem.
Była jak letnia noc pełna zapachów i pieszczot, zawsze nieprzewidziana i zmienna.
Byłem jakby w gorączce, oczekując, aż nawiedzi mnie upragniony, dławiący rozkoszą koszmar.
Mówiliśmy mało z sobą.
Czasami w noc ona zaczynała fantazjować.
Mówiła, że chciałaby być panią, wiecznie młodą i mieć obok siebie wszystkich, których kocha.
Którejś nocy była czulsza, namiętniejsza niż zawsze. Rano zaś powiedziała:
— Bądź zdrów, już nie wrócę...