— Tobie wolno mówić „niech będzie szczęśliwa księżniczka Jolanta”, ale tylko, kiedy się śmiejesz; kiedy płaczesz, nie wolno ci mówić tego nigdy.

— Kiedy jestem wesoła, to mogę nie myśleć o Jolancie — odpowiedziała Amelka i wyszła, nucąc coś.

Wieczorem tego dnia nie wróciła.

Nie niepokoiliśmy się tym, tylko Paolo był nieswój i chmurny.

— Ona gotowa sprzedawać samą siebie, aby dla niej kupować kwiaty; takie to są te dziewczyny.

— Gdyby Amelka nie była taka, jaka jest, nie mogłaby pozostać tak całkiem uczciwym człowiekiem — rzekł Sabatier. — Mało znam tak uczciwych ludzi, jak ona.

Nauka mistrza Proudhona nie pozwalała powiedzieć mu „uczciwa kobieta” o dziewczynie, która sprzedawała swą miłość. Miękkie serce nie pozwalało mu potępić Amelki, którą kochał i szczerze szanował. Stworzył więc sobie swoją pojednawczą formułę.

— Dopuszczacie się pewnych sofisterii, ojcze Sabatier — żartowałem.

Uśmiechnął się on do mnie. Był to chyba ostatni jego wesoły uśmiech.

Tej nocy pogorszyło mu się nagle i wezwany Ast, namyśliwszy się, rzekł: