— Odwagi, stary przyjacielu.
Sabatier prosił go, aby uprzedził go, gdy śmierć będzie blisko.
Stary robotnik popatrzył na niego niewysłowionym wzrokiem, tak silna była w nim rozpacz.
Znałem jej powody.
Bał się on o dzieci. Bał się on, że zabierze ich jemu po śmierci życie, że wpędzi ich na swój krwawy, brudny deptak. Jak uchronić ich?
Siłą jedyną, jedyną, jaką znał on, byli sami ludzie.
Same one i matka muszą się stać dla siebie jedyną opatrznością.
Śmierć Sabatiera była jedną z tych scen, o jakich mówią nam pisarze klasyczni, malując cnotę ostatnich republikanów rzymskich i mędrców greckich.
Tracił on przytomność, zbudzone dzieci stały koło jego łóżka. Żona klęczała obok niego.
— Bądź spokojny, Piotrze — mówiła, poważna i surowa. — Bądź spokojny. Uchronię nasze dzieci. Będę im ojcem i matką, a choćbym umarła, one nie zapomną już nic. Nie bój się: one nieszczęśliwe być mogą, ale nie sprzeniewierzą się prawdzie, nie sprzeniewierzą się sprawie pracy i sprawie swobody.