— Nie kochałem nikogo tak jak ojca. Kochałem przyjaciela, którego pożegnałem dziś. Kochałem tę, której odważną pierś zmiażdżyło koło armaty i zdeptały konie, i ponad wszystko to chyba droga była mi ta siwa głowa. I nie wiem sam, czy gdy pójdę stąd, tęsknić będę więcej do niej czy do ciebie, do oczu twoich, do twego widoku. W gorączce genueńskiej, kiedy przeklinałem świat i siebie, ciebie widziałem, szum naszych pól, śpiew strumyków i ciebie świeżą jak strumyk.
Nie skończył, bo pochyliłam się do jego rąk, głowa moja upadła mu na piersi.
I mówiłam:
— Dokądkolwiek bądź pójdziesz, pójdę z tobą.
Podniósł mi głowę i patrzył w oczy.
— Moje schronisko jest to — rzekł — które znalazł Adaś.
Czułam, jak łamie ból moje ciało, jak czyjaś ciężka ręka na kark legła i do ziemi gięła. Poprzez szczękanie zębów i cichy jęk dobiegł mnie mój zamarły głos.
— Do końca dni moich będę z tobą.
Wtedy powiedział:
— Czy potrafisz zostać sama?