— Nie, wy tego nie mówicie. Wy jesteście wieczna przeszkoda. Wy rzucacie się na naukę jak sroki na świecidełka.

Niedobrze czuł się człowiek „spokojny”, który wchodził w nasz świat.

— Wiara powinna być zachowana ludowi — rzekł pewien liberalny pan.

— I dlaczegóż to, szanowny panie? — zapytała Wiera-Wołczok drżącym z oburzenia głosem.

— Przecież to jasne — mówił wytworny pan. — Ona pociesza w niedoli i podtrzymuje moralność.

— A ja, panie kochany, przeciwnie myślałam i myślę zawsze, że ona demoralizuje.

— Mogą być wypadki — rzekł pan pojednawczo.

— Nie idzie o wypadki. Idzie o to, że każdy dzień trwania naszej, tak zwanej wiary jest czynnikiem nieustającej demoralizacji ludowej.

— I w jaki to sposób, szanowna pani? Czy nie ona każe nam znosić i wyrzekać się?

— Nie jest wcale bezwzględną cnotą ani jedno, ani drugie. Ale mniejsza o to. Czy pan kiedy widział na przykład tak zwanego podradczyka (przedsiębiorcę), który oszukuje swoich robotników, czy pan widział, jak on modli się? Przecież on wierzy naprawdę, że to nie jest sprawa między nim a tymi nędzarzami, lecz między nim a Bogiem.