— Gdyby nie to — rzekł pan — byłoby gorzej.

— Nie, byłoby lepiej. Niechby tylko było jasne: my czy on?!

— Ależ to bunt — rzekł pan. — I panowie z tym chcecie iść w lud? Oszczędźcie duszę naszego ludu.

— My — powiedziałem — wymieciemy z życia ludu tego brud i nędzę, a zabobony i gusła on już sam wyrzuci.

Pan przestał mi się kłaniać na ulicy.

Mnie odmładzał zapał Oli.

Wieczorami, patrząc na morze, prowadziliśmy dziwne rozmowy.

— Co chwila przecież umieramy — mówiła Ola — i z nas rodzi się ta chwila, którąśmy przeżyli. Znika, uchodzi i — gdzieś poza nami pozostaje. Z chwil tych urosło to, co jest. Dlaczego ludzie nie nauczą się umierać świadomie, tracić chwile te tak, aby z nich wyrastało tylko piękno.

Cyprianow był wielkim przyjacielem Oli. Dla niej robił zbytki, znosił jej kwiaty, a prawdziwą już sensację stworzyło kupienie przez niego pudełka cukierków.

— Dostałem pieniądze za moją geologię — rzekł.