Wreszcie weszły obie, zmoczone, gdyż zaczął padać deszcz, i smutne.

— Wołczka wzięli na ulicy — powiedziała Ola. — Chazanow strzelał. Związali go i zbili.

Wyszedł mi z gardła jakiś krzyk.

Tego nie mogłem znieść, tych brudnych rąk, podnoszących się na te szlachetne, święte głowy.

— Gdzie Wołczok? — pytał Cyprianow.

— W cyrkule; Chazanowa powieźli do ratusza.

Spojrzeliśmy na siebie z Cyprianowem.

Była nasza kolej.

Daliśmy Oli paszport i pieniądze. Na jutro Marta miała postarać się o ubranie i odprowadzić ją do najbliższej stacji. Stamtąd do Petersburga, gdzie na razie było bezpiecznie, i pod wskazany adres. Jeżeli powiedzie się, spotkamy się tam, jeżeli nie uda się nic zrobić, wrócimy tu. W razie gdyby nas nie było ani tu, ani tam — tłumaczyć nie potrzeba.

Podeszliśmy pod cyrkuł i zaczęliśmy się rozglądać — nagle Cyprianow zaśmiał się cicho — poza domem ciągnął się ogród. Gdyby okna aresztów wychodziły na ten ogród właśnie...