— Szkoda Osipowny.
Tu wydawało się dość bezpiecznie.
Rozlokowaliśmy się, Ola wyszła do jakiejś komórki. Po kilku minutach wróciła: była zmieniona nie do poznania. Boso, w zapasce, chuście na głowie wyglądała na służącą lub wiejską robotnicę.
— Chodźmy — rzekła do Marty.
— Dokąd? — zdziwiłem się.
Położyła mi palec na ustach:
— A Wołczok?
Marta wzięła kosz z bielizną, Ola drugi.
— Zuch Andrejewna — rzekł Cyprianow.
Przeszły dwie nieskończenie długie godziny. Dziesięć razy zrywałem się, dziesięć razy zatrzymywał mnie Cyprianow.