— J-a-s-z... — zacząłem stukać.
Krótkie, szybkie:
— Tak.
Zaczęliśmy teraz pukać po całych wieczorach i nocach, póki nie pomdlały ręce. Jaszka nie wiedział wiele. Aresztowano go wkrótce po powrocie.
— Jak długo siedzisz? — pytałem.
— Czternasty miesiąc — odpowiedział.
Zadrżałem. I ja śmiałem się skarżyć.
— Żemczużnikow siedzi — przerwał Jaszka — Tarutina, Martynow, Bołchowski siedzi. Cały świat siedzi.
Przeszło parę dni. Jakiś młody wachmistrz, którego nie widziałem dotąd, rano podał mi bułkę i z dziwnym uśmiechem powiedział:
— Trzeba rozłamać uważnie, stojąc plecami ku drzwiom.