— Dokąd mnie przenoszą?

— Zobaczy pan — usłyszałem znowu.

Nareszcie wsadzono mnie, okutego już, do karetki472.

Dwóch żandarmów siadło ze mną. Trzeci na koźle.

Kareta jechała dość długo, nareszcie zatrzymała się. Wyprowadzono mnie. Poznałem dworzec kolei. Wprowadzono mnie do kancelarii żandarmskiej.

— Jedzie pan do Petersburga, Trzeci Wydział kazał pana dostarczyć. Zainteresowali się panem. Ma pan jeszcze godzinę czasu, może pan czego zażądać. Radzę, radzę...

Podano mi jakiś befsztyk pokrajany — i tak mi było ciężko jeść.

Oficer wyszedł na chwilę.

Jeden z żandarmów, którzy zostali, rzekł:

— Niewygodnie panu — i nachyliwszy się nade mną, poprawił mi talerz i szepnął: — po trzeciej stacji będzie las. Uważać w lesie.