Podniosłem oczy, ale on patrzył już przed siebie z twarzą doskonale drewnianą.
Wagon podprowadzono pod same drzwi, po chwili byłem już w nim z mą asystą.
Przeszło kilkanaście minut wśród zwykłego szczękania i turkotu, na wpół zrozumiałych nawoływań i sygnałów.
W głowie mi tkwiły słowa: „Po trzeciej stacji będzie las”.
Żandarmi, umieściwszy mnie w kącie, ulokowali się tak, że przegradzali mi całkowicie swymi ciałami dostęp do drzwi. Przymknąłem oczy.
Pociąg zatrzymał się już dwa razy.
Ruszył; jechaliśmy bardzo długo. Myśli mąciły mi się, bałem się zasnąć. Zdawało mi się, że nie dojedziemy nigdy do tej stacji, to znowu, że wszystko wydało się i pociąg minął bez zatrzymywania się uplanowane miejsce.
Wreszcie nadeszła trzecia stacja.
Staliśmy z kwadrans.
Przez zakratowane okno widziałem samotny, zmarzły peron, pokryty śniegiem. Nie znać było żadnego ruchu.