Pociąg ruszył.
Jechaliśmy przez nagie, pokryte śniegiem pola. Nigdzie nie widać było nic podobnego do lasu. Wreszcie, wreszcie ukazywać się zaczęły zrazu pojedyncze drzewa, potem coraz gęściej, gęściej — całymi kępkami, wreszcie już całą, nieprzerwaną ścianą. Żandarmi drzemali. Nagle usłyszałem gwizd i pociąg stanął.
Serce zakołatało mi w piersi.
Żandarmi obudzili się. Jeden z nich podszedł do okna:
— Zepsuło się coś czy co?
— Pijany jakiś sanie na torze zostawił — usłyszałem głos.
Siedziałem bez ruchu, nie działo się nic. Zwykłe szczękanie koło kół, poprawianie czy zsuwanie wagonu: był on czwarty z końca, za nami jechał wagon trzeciej klasy, a później dwa towarowe.
Raz i drugi maszyna gwizdnęła.
Wydało mi się, że rusza, słychać było łoskot kół: staliśmy w miejscu.
— Co za czort! — krzyknął żandarm.