— W drogę, w drogę — śpieszył on.
Łomem rozbito kajdany.
Z wagonu trzeciej klasy wybiegła kobieca postać.
— Ola! — krzyknąłem.
— Ej, niewiasto — zamruczał Michajłow. — Według praw wojennych kula wam w łeb za niesubordynację. Wszystko mogliście popsuć. Znikać teraz, niech mi do pięciu minut nikogo tu nie będzie.
— Tych tak nie można zostawić — rzekł jeden z napastników, wskazując na rannego żandarma. — Drugi też dostał, ale żyją przecież.
Nie bez trudu udało się wyszukać wystraszonego konduktora, którego jeden ze spiskowców obezwładnił w decydującej chwili. Oddano mu pod opiekę moją niefortunną eskortę i po chwili pomknęliśmy w dwóch parach sań przez leśne drożyny. Ze mną razem siedział Michajłow i Ola. W drugich, większych, czterech czy pięciu mężczyzn. Na jakimś rozstaju drugie sanie skręciły na prawo. My popędziliśmy wprost.
V. Heraklesowe sny
Znaleźliśmy się wreszcie w jakimś czystym i ciepłym domku, jak gdyby schowanym wśród gęstego lasku. Michajłowa znali tu dobrze.
— Tu — rzekł — jesteśmy bezpieczni. Nieprawda? — uśmiechnął się.