Ola nabrała śmiałości i stanowczości, jakiej nie przypuszczałem w niej nigdy.

Michajłow rzekł nagle:

— Wiecie, Olga, to o tobie napisał Uspieński, wiesz: „na wpół baba, na wpół Wenus z Milo478. Ona najbardziej kobieta i towarzysz zarazem”.

Ola zarumieniła się.

— Nie — powiedziała — sił mam mało. I nie zawsze umiem. Kiedy w nocy, w dzień nie było można, chodziłyśmy z Wołczkiem do męskich koszar roboczych, jej nie zaczepiano nigdy, mnie aż dwa razy. To znaczy: jeszcze nie umiem. Nie znano nas wtedy jeszcze. Chazanow nawet ostrzegał. Poszłyśmy. Wołczok miała znajomych, siedzimy, rozmawiamy. Wchodzimy; Wierę ktoś zatrzymał, mnie nie chciało się wracać. W podwórku czuję, chwyta mnie ktoś wpół. Pijany był — pchnęłam go i upadł. Ale dlaczego to spotkało mnie?

A drugi raz, drugi raz było inaczej.

Nie będę opowiadała o tym — powiedziała wreszcie.

Nie nastawaliśmy.

Ola po chwili jednak zaczęła znowu.

— Właśnie że tak — opowiem. Był młody chłopak, Dymitr. Nazywaliśmy go Mitia wszyscy. Widziałam, że chodzi za mną krok w krok, oczu nie spuszcza. Wiera to zauważyła. Chciałam właśnie tego wieczoru z nim mówić. Wtedy już chodziłyśmy, jak było dogodniej, we dwie lub pojedynczo. Gdyby ktoś poważył się, dość było krzyknąć, byliby go chyba robotnicy rozszarpali. Wiedziałam o tym. Wchodzę do sieni, zwykle lampka się pali. Ciemno. Szukam drzwi, ktoś chwyta mnie — chciałam krzyknąć, ale nie mogłam już, czuję usta, całują mnie. Wtedy znalazłam w sobie więcej siły, niż przypuszczałam, mocuję się z napastnikiem. Myślę — wstyd będzie pokazać się, jeżeli krzyknę. Powiedzą: barysznia479. Raz i drugi jeszcze pocałował mnie. — Ola była purpurowa. — Wreszcie wyrwałam mu i się i silnie trzymam ręce, chcę prowadzić.