„Puść” — powiada.
Poznałam Mitię.
„Jak ci nie wstyd” — mówię.
„Mówisz: równość — powiada — a jak do czego przyszło, okazała się — panienka. Żyć bez ciebie nie mogę”.
Widzę, że trzęsie się. Mówię mu:
„Poczekaj; wracać będę, opowiem ci wszystko, odprowadzisz mnie”.
Wieczorem idziemy znów razem. Mówię:
„Widzisz, że ci dowierzam. Napadłeś mnie po ciemku, a ja ciebie o odprowadzenie mnie proszę. Ja tobą wcale nie gardzę, tylko innego męża-kochanka mam”.
Widzę, że zbladł.
Nie mówi nic.