Pamiętam, jak o tym właśnie rozmawialiśmy już w Szlisselburgu z tym samym chyba Myszkinem z powodu jakiegoś opowiadania Korolenki489. Szlachetny ten pisarz rosyjski posiada dar wyczarowywania i ujmowania poezji w każdym środowisku. Mówiliśmy o tym opowiadaniu jego, w którym odtwarza on los nędzarzy żyjących w podziemiach jakiejś zrujnowanej kapliczki białoruskiej. I tu jeszcze jest coś, co tym ludziom życie upiększa, coś, za co oni mogą nawet walczyć. I tak wszędzie u Korolenki. W momencie rozgoryczenia wystukałem Myszkinowi: „Łajdak jest człowiek, kocha nawet łańcuchy”; odpowiedział mi: „Nie łańcuchy, ale swój sposób noszenia łańcuchów. Sam siebie człowiek w ten sposób utrzymuje i chroni; zawsze musi on mieć w sobie coś, co kocha, odbierz mu poezję — zginie. To nie ozdabianie niewoli, ale ratowanie duszy żywej przed zagładą”. I Myszkin miał słuszność, ale miałem ją i ja, gdyż w ten sposób dusza w niewolę swą wzrasta. Ja, Polak, wiedziałem o tym. Myszkin nie wiedział nigdy, co to jest romantyzm. I dlaczego, dlaczego poezja nowoczesna nie czuje tego nowego, dzisiejszego patosu, który rodzi się na szczytach życia. Dlaczego nie kocha życia, gdy jest dumne, pełne, naprawdę ludzkie, nowoczesne. Idealizm ginie: tak, człowiek nie powinien już umierać, przelewać swojej krwi dla żadnego Boga. Żyć powinien dla siebie, dla człowieka. Poezji nie ma — a czym jest ten pościg jednostki przez umarły syberyjski step dla wyrwania ze szponów niewoli rozumu? Odwaga i samozaparcie, by ocalić myśl. Dla kogo? Tylko dla siebie, dla ludzkości. Każda godzina kradnie tam myśl mędrca: wyrwać ją z więzów tych na próżno upływających chwil. Iżeś490 mnie zrozumieć chciała, zmienię cię w kamień. Skamieniejesz w chłodnej pustce — wyrok wydała przemoc na myśl mędrca. Gnębi ją i morduje bezczynnością lata całe. Ginie wśród lasów i śniegów skarb: myśl jasna. I oto bieży491 jej na pomoc szalona odwaga.
Plan Myszkina był prosty: miał on przy sobie rozkaz podpisany przez naczelnika Trzeciego Wydziału, zawierający polecenie natychmiastowego wydania Czernyszewskiego doręczycielowi rozkazu. Papier był doskonale podrobiony. Myszkin nie chciał słyszeć o naszym udziale. Pojedynczemu człowiekowi łatwiej ze wszystkiego wybrnąć. Nareszcie udało się nam go przekonać, aby wziął z sobą jednego z nas — mnie, w charakterze wachmistrza. Z Moskwy przyszedł list żądający pomocy. Michajłow miał natychmiast jechać. Udało mu się jeszcze wydostać skądś dla mnie mundur, szynel, szablę i wszystko, co było potrzebne dla godnego reprezentowania wachmistrzowskiej rangi.
— Wąsy tylko masz za małe — rzekł z wyrzutem.
Jechaliśmy z Myszkinem, zatrzymując się prawie tylko tyle, ile potrzeba było dla zmiany koni. Pośpiech był jednym z warunków powodzenia. I w pamięci pozostało mi tylko wspomnienie niepowstrzymanego, szalonego pędu przez śnieżny step, dzikich okrzyków, jakimi podniecali woźnice swoje wpółdzikie przyzwyczajone do szalonej jazdy konie.
Pamiętam tylko jeden epizod, przypominający niemal literalnie Rewizora. Siedzieliśmy w małym miasteczku już na saniach, gdy podszedł do nas z płaczem jakiś kupiec, opowiadając o jakimś oszustwie miejscowego satrapy492.
Myszkin nie zawahał się ani na chwilę: kazał się wieźć do kancelarii urzędnika.
Z pewnym osłupieniem wszedłem za nim, ale Myszkin z doświadczenia znał psychikę władz rosyjskich.
— Księgi u was gdzie? — krzyknął z progu jeszcze, nie zdejmując czapki. — Ja was, aniołki, nauczę, jak pieniądze obywatelskie utajać.
Nie minęło pięciu minut, sprawa była załatwiona i pomimo próśb urzędnika Myszkin wpisał do księgi groźną notę, zaryczał coś o katordze na bardzo odległą wzmiankę o łapówce — i pomknęliśmy poprzedzani wieścią, że jedzie przez Sybir nadzwyczajny komisarz, urzędników oddaje pod sąd. Odtąd wszędzie już czekały na nas zaprzężone konie: chciano nas pozbyć się jak najspieszniej. Pomimo to wieźliśmy fantastyczny po prostu zbiór skarg i próśb. Była skarga na policmajstra, że ukradł dwa trotuary, skarga na popa, że ukradł dzwonnicę, skarga na prystawa, że mieszczaninowi zabrał żonę, wpisał go na listę umarłych i żonę wydał za innego, temu innemu pieniędzy za odstąpienie żony nie zapłacił; umarły mąż protestował przeciwko pretensjom drugiego, mówiąc, że do wynagrodzenia on tylko jeden ma prawo. Była straszliwa skarga matki-wdowy, której miejscowy sędzia ukradł córkę, a później podczas procesu przez stosunki wyrobił dla niej bilet prostytutki493 „...i teraz — pisała matka — ile razy isprawnik w naszym mieście pije i grać w karty raczy, tyle razy Maszę do siebie sprowadzać każe, mówiąc: »do rewizji«, a my jemu odmówić nie możem; a ostatni raz plecy i nogi dziewczynie ostrogami podrapał, a jakeśmy skargę posłali, wpadł i mnie, i ją bił po twarzy, i groził, że jeżeli jeszcze co, to ją w tutejszym takim domu zamknąć każe, bo skoro ona żółty bilet ma, to i tam przebywać powinna, więc niech pan komisarz rozsądzić raczy”. Całe syberyjskie życie stało przed nami, jak na dłoni. Była skarga dwóch córek, których ojca miejscowy lekarz wojskowy z policmajstrem494 do szpitala wsadzili, ponieważ starsza, Wiera, nie zgodziła się kupcowi Abramowi swojej niewinności za pięćdziesiąt rubli sprzedać. Była skarga pocztowego urzędniczka na tegoż Abramowa, że mu za żonę „...którą mu według umowy — pisał urzędniczek — w pierwszą noc i niewinną przedstawiłem, pięćdziesięciu rubli nie wypłacił, mówiąc, że niewinności nie zastał; a jeżeli tak, to winien temu akcyzny Wiktorow, który żonę moją do ślubu znał, i on mi stratę wrócić powinien, gdyż ja w ciężkiej potrzebie jestem i żona moja urodziła bliźnięta, a z pensji ich wyżywić niepodobna”.
Myszkin bladł, czytając te straszliwe, nie krwią już, ale zgniłą materią cuchnących, ropiejących ran spisywane dokumenty ludzkie. Była rzecz, z którą nie umiał się oswoić. Poczucie bezsilności, niemożliwości zwalczenia, usunięcia czegoś, co nie powinno być tolerowane, o! to poczucie nieodpowiedzialnego świadka, które tak doskonale żyje i rozwija się w nowoczesnym, kulturalnym Europejczyku, było dla Myszkina czymś wrogim, absolutnie niezgodnym z jego naturą. Myśl jego żyła w tej samej dziedzinie, w której przebywa wola, rodziła się od razu z żelaznymi mięśniami i ścięgnami czynu. Nigdy nie być obojętnym, nie znać tego obmierzłego stanowiska cichego wspólnictwa wobec bezprawia, łamiącego życia ludzkich istot, wdeptującego w ziemię krew i łzy. Nie wiedzieć, co to jest powszedniość, w której tonie, zlewa się, ginie wszystko, zbrodnia i ofiara, krzywda, przemoc, smutek, i ciągle, i wobec wszystkiego być sobą, nie kapitulować przed niczym — to były rysy najistotniejsze tej orlej natury. Każdy dzień z nim przebyty napełniał mnie podziwem dla tej samorodnej spiżowości. Michajłow wydawał się marzycielem w zestawieniu z tą duszą. A jednocześnie stal ta wibrowała, drżała za każdym zetknięciem ze światem cierpienia i krzywdy. Widziałem, jak rozszerzały się w takich chwilach nozdrza Myszkina, jak bladł, jak pałały jego oczy. Był stworzony na wodza wielkiej rewolucji.