Historia zapisuje tylko szczęśliwych. Zna Garibaldiego i prawie milczy o Pisacanem495. Bakunin ukazuje się w niej tylko jako wieczny warchoł. Kto znajdzie czas zrozumieć, czym on był w samej rzeczy? Kto zsumuje energię rewolucyjną, rozsianą przez niego w całym świecie Zachodu i Wschodu? Kto zrozumie, czym mógł być Myszkin? Nie jesteś ty posłusznym kruszcem, bryło dziejów, której z taką ufnością powierzał się Michajłow. Nic ludziom nie ukraść to obowiązek, ale być całkowicie przez nich wziętym to zasługa. Historia jest zbiorową, solidarną sprawą — nie tylko siebie przeżywamy — przeżywamy nieustannie innych. Czy świat wie, ilu mędrców, poetów zużywa, nie znając ich, nie dając im nigdy stać się sobą? Żyć jak największym zakresem to prosty obowiązek. Każda nasza bierna i pusta chwila zabija coś poza nami w nieznanych, obcych nam ludziach. Nasza etyka jest równie zacofana, jak nasza poezja.

Wtedy, jadąc z Myszkinem, ważyłem te myśli. Czułem, że jest obok mnie jeden z tych ludzi, którzy dokonują czynów, że jest to jeden z tych ludzi, o których niejednokrotnie momenty dziejowe wołają na próżno.

Ominęliśmy Irkuck, nie zatrzymując się, i zbliżaliśmy się do celu naszej podróży. Serce marzyło, czy prawdą jest, że już za parę dni będzie jechał z nami on, pogrzebany przez rząd, że ozwie się jego głos pośród nas. Wyobrażałem sobie, co będzie czuł, i nie śmiałem wierzyć, że to się stanie.

Dzikość i pierwotność krajobrazu nadawała jeszcze bardziej fantastycznie nieprawdopodobny charakter naszej wyprawie. Tu przyroda nie mówiła nic o prawie, nic o wpływie człowieka, o jego sile. Myśl ludzka była tu przypadkiem, utrzymującym się na powierzchni wyłącznie dzięki zbiegowi jakichś wyjątkowych okoliczności. Sybir deprymuje już przez sam swój widok, przez konieczność opierania się działaniu przyrody. Rząd rosyjski wiedział, co czyni, skazując myśl zbuntowaną na walkę z monotonią i mrozem. Przywracał się normalny stosunek. A ty nie wiesz — zdawał się wołać do rozumu — iż ty w cieplarni wychowany, poznaj, co to świat, przekonaj się.

Koło Wiłujska krajobraz staje się rozpaczliwy, jakby na wieki ślepy; przejechaliśmy około496 domu, w którym pochowany był Czernyszewski. Trudno wyobrazić sobie coś bardziej monotonnego, wyczerpującego już przez sam swój widok duszę. Nikły lasek czerniał niedaleko od domu, poza tym — nic: wysoka palisada placu, dwa drewniaki, jakaś zamarznięta i kałuża i śmiertelna, nudna cisza na około.

— Wybrali — rzekł Myszkin — nie ma co, wybrali.

Czy ty wyobrażasz sobie — mówił — zimną krew: tu wysłać i kazać żyć — nie, umierać długie lata. I przecież oni wiedzieli, kto on jest. Nie, człowiek jest zły, podły — znieść trudno.

Nareszcie dojechaliśmy do mieszkania naczelnika. Nie było go, trzeba było nocować.

Na drugi dzień popsuło się wszystko. Naczelnik miał papier, aby nic nie przedsiębrać względem Czernyszewskiego bez odrębnego rozporządzenia irkuckiego generał-gubernatora.

— I że też pan bez kozaków jedzie — rzekł on do Myszkina.