Był przy tym nadmiernie, niepokojąco grzeczny.

— Popróbujemy go wziąć siłą — zaproponowałem.

Myszkin wzruszył ramionami: o tym nie można było nawet myśleć. Musieliśmy jechać precz, nie dając mu nawet znać, że życie było u wrót jego grobu. Trzeba było jechać i zostawić go na pustyni. Myszkin wzruszał ramionami, ale ukradkiem spoglądał na rewolwer. Dla niego ta porażka była klęską moralną. Nie umiał się on czuć niewolnikiem, bezsilnym wobec przemocy.

Oświadczył naczelnikowi, że wraca do Irkucka po rozkaz.

— Dodam panu dwóch kozaków — powiedział naczelnik.

Myszkin próbował się wymawiać, dziękując za uprzejmość.

— Ale cóż znowu — rzekł naczelnik — to zwykły obowiązek służbowy. Dostałbym dymisję, gdybym pana tak puścił.

Była to już gra prawie w otwarte karty. Trzeba było jeszcze cieszyć się z tego, że naczelnik bał się oddzielić z liczby posiadanych kozaków dla eskortowania nas więcej niż dwóch. Zwiększało nasze szanse także i to, że na żądanie Myszkina dostaliśmy i my konie pod wierzch, ale kozacy mieli karabiny, my zaś rewolwery tylko. Rezultat walki mógł być bardzo wątpliwy. Nietrudno było spostrzec z wyrazu twarzy towarzyszących nam kozaków, że otrzymali oni przy wyjeździe jakieś specjalne instrukcje. Miałem wrażenie, że trzymają się oni na baczności. Gdy w ciągu drogi Myszkin kazał jednemu ruszyć naprzód pod pozorem, że zbłądziliśmy, że trzeba sprawdzić drogę, spełnił on rozkaz z ociąganiem i bardzo niechętnie. Parę stacji ujechaliśmy w spokoju.

Na drugi dzień dopiero postanowiliśmy działać, mieliśmy przejeżdżać koło posterunku kozackiego i nie byliśmy pewni, czy nasi kozacy nie wiozą z sobą jakichś rozkazów do jego komendanta. Pod tym lub innym pretekstem mógł on powiększyć naszą eskortę. W lesie Myszkin zwrócił się do kozaków, mówiąc, że zapomniał u naczelnika torebki z papierami, i rozkazując im wrócić po nią i przywieźć. Kozacy wręcz odmówili:

— Nam kazano was nie odstępować.