Zbudziło mnie pod wieczór drugiego dnia szczekanie psów i tupot kopyt końskich. Z wysiłkiem zebrałem myśli i zrozumiałem, że trzeba dać znak, wyszedłem za próg i dwa razy wystrzeliłem z rewolweru w powietrze. Nadsłuchiwałem chwilę, już zdawało mi się, że głosy cichną. Jakieś na wpół jasne przypomnienie Anhellego497 przesunęło mi się przez zmęczony, jak gdyby zlodowaciałymi igłami skłuty mózg. Tylko Eloe498 tu nie ma. Czułem się niezmiernie obcy temu wszystkiemu. Ale nagle za zakrętem drogi zobaczyłem wysuwające się łby końskie: zacząłem biec im naprzeciw. Zrobiłem parę kroków i upadłem. Ocuciłem się w izbie. Wlewał mi ktoś w gardło wódkę, rozmawiano po polsku.

Otworzyłem oczy i zapytałem:

— Gdzie Myszkin?

Nachyliła się nade mną jakaś twarz o nastroszonych, w sople obmarzłych wąsach.

— Polak? — zapytała.

Skinąłem głową.

— W tej służbie?... — zasłyszałem zdziwiony głos.

— Kto wy? — zapytałem.

— Osiedleńcy. Byłbyś na śmierć zmarzł — co ci w rękę?

— Kozak strzelił.