— W żandarma strzelał... cóż to, bunt?
— Myszkina nie spotkaliście? — pytałem, wciąż na wpół nieprzytomny; nie byłem wprost w stanie zrozumieć, że komuś może być nieznane i obce cokolwiek z tego, co mnie zajmowało.
— Kto jest Myszkin? — pytano. — Gdzie?
— Wczoraj, nie, pozawczoraj na gościńcu kozaka zastrzeliliśmy, drugi zemknął, zabił mi konia i ot, ręka — mówiłem, wzrokiem wskazując na zwisającą bezsilnie lewą rękę. — Nie uwierzył nam: Czernyszewski tam został jak w mogile.
— Poczekaj no — odezwał się drugi mężczyzna o czarnej brodzie.
— Wy nie żandarm? — zapytał.
Zaprzeczyłem głową: nie.
— Wyście chcieli więźnia odbić, Czernyszewskiego?
— Tak... jest...
— Ot, co jest. Wczoraj wieść była, że Jakuci499 fałszywego rewizora pojmali.