— Myszkin! — krzyknąłem.

— No, to i was stąd trzeba czym prędzej — i wy Polak?

Potwierdziłem.

— Nie czas gadać — rzekł starszy — jemu opatrunku potrzeba, spoczynku i pożywienia.

W kilka godzin znalazłem się w ciepłym i schludnym mieszkaniu pana Wydżgi, tak nazywał się starszy:

— Dobrze, że noc jest — mówił — i że nas nikt nie widział, a teraz musicie już cicho tu przesiedzieć, póki co...

Nie odpowiadałem. Co chwila myśli ginęły mi i rwały się. Raz po raz wstawałem, aby biec, odbijać Myszkina. Zrobiono mi opatrunek i zasnąłem.

VII. Lodowiec

Panowie Wydżga i Kulesza mieszkali razem. Nie przypadliśmy sobie do smaku. Gościnni byli i krępowali się w sporze ze mną, ale zauważyłem, że wzbudzam w nich każdym słowem, każdą myślą całkiem żywiołową, nieprzemożoną odrazę. Gdy pytali mnie o politykę europejską, ja mówiłem im o Międzynarodówce, oni słuchali grzecznie, powstrzymując ziewanie, i interesowali się, jak zapatruje się na sprawę polską papież500, pokładali jakieś tajemne nadzieje na cesarzowej Eugenii501. Do pasji zaś doprowadzało ich już to, co mówiłem o ruchu w Rosji. Nienawidzili tego chamstwa. Oni wszyscy liberalni na cudzy koszt. Milutyn, Czerkaski też liberałowie byli. Murawjew całkiem rewolucjonista. Niepodobna było z nimi rozumować na ten temat. Kilkakrotnie z niedowierzaniem poddawali mnie badaniu na temat: z jakich to? kto go rodzi? Widocznie im żadną miarą w głowie pomieścić się nie mogło, aby nie bacząc na klejnot502 i imię, zaraza mogła przylgnąć do senatorskiej krwi.

— Rozpacz, rozpacz, panie, wszystko tłumaczy — mówił pan Wydżga. — Z rozpaczy wszystko. Tu Ossoliński jeden, z dobrych, panie, Ossolińskich, z rozpaczy karczmarzem został. Jakże. Teraz wszystkie szynki po okolicy ma: pieniędzy bez miary. I co on ma to kacapstwo503 oszczędzać? Pod zastaw pożyczki daje. Czy uwierzysz pan, czego tu ludzie nie zastawiają? Urzędnik, panie, urzędnik skarbowy z akcyzy, córkę zastawił. Za dwieście pięćdziesiąt rubli. I pan mi mów o godności ludzkiej tego narodu. Ja ci powiadam, pluń. Niech ich własna zgnilizna strawi. Tam u nich po wsiach francuska choroba504, oni ją sołdacką nazywają, się szerzy. Co druga baba chora. To wszystko nie ma żadnej przyszłości. Kolos o glinianych nogach. My, panie, na rozumy prowadzimy z nimi walkę. Ot, słyszę, z naszych jeden na Kaukazie lasy skupuje, w pięć lat miliony zrobił. Albo tu. Ty mi tylko pięćset rubli daj, a w skarbowej komisji ziem kirgiskich odpiszą: nie objedziesz. Ja nie mówię, że my mamy po zaściankach siedzieć. Nie. Kulturę, panie, powinniśmy nieść.