— Bracie, nie — rzekł — ty sam wiesz, że nie.
Goldenberg pochylił głowę.
— Jeżeli tobie się nie powiedzie — rzekł — pójdę cię pomścić.
— Mnie — rzekł Sołowjew — mnie oni nic nie zrobią. Gdy szedł w dawnych wiekach rycerz w kraj nieprzyjaciół, ofiarowywał się śmierci. Sam całą duszą uczył się umierać w długie, samotne wieczory i ranki. A kiedy cały był już skąpany w czarnej rzece, szedł. Był nietykalny. Nie mógł go zabić nikt, nikt mu nie mógł odebrać swobody. Wszystkiego dokonał już przedtem on sam. I mógł stać wśród męki i urągowiska jakby duch czysty i spokojny.
Rozchodzono się już. Kirsanow podszedł do Sołowjewa i objął go. Odsunęliśmy się i słyszeliśmy łkanie. Kirsanow płakał.
— Ciężko mi — mówił. — Odchodzić tak będziecie wszyscy, wszyscy będziecie tak iść jeden za drugim, a ja zostanę tu na waszych grobach. Przekonaj mnie, że tak trzeba, przekonaj mnie, że mam prawo umrzeć.
— Nie — rzekł Sołowjew. — Ty żyć będziesz, boś wyszedł myślą poza nas. Musisz znieść swą własną myśl.
— Wolałbym iść z tobą.
— Wiem, Jerzy. Jesteś silny. Masz myśl mocną i zdrową. Przetrwasz. Trzeba, żebyś ty był. Żeby był ktoś prócz nocy nad trupami, aby myśl pozostała w głębi i kuła, bez przerwy kuła.
— A wasza krew będzie płynąć w podziemiach. Wołać będzie krew wasza: ryjesz, żyjesz, krecie.