Podnosiła się i siadała.
Oszałamiały ją ta namiętność i szał.
Ile razy musiała ona już leżeć w objęciach coraz to innych ludzi.
Zerwała się i cała naga otoczyła mi szyję ramionami. Zagadką czarnych oczu patrzyła we mnie.
Przez zaciśnięte zęby wyrywały się niezrozumiałe słowa.
— Ty!
Pociągnęła mnie na swoje piersi.
— Mój miły, mój miły! Ja tobie taka wdzięczna, taka wdzięczna.
I jak spazm płaczu posypały się słowa.
— Tyś mnie nie bił, ty mnie nie parzył papierosem po gołym ciele i nie śmiał się, kiedym płakała. Ja się tobie podobałam, jakbym naprawdę była twoja. Tyś na mnie nie krzyczał jak na zwierzę.