Przenieśliśmy szczęśliwie naszą drukarenkę, przebrnęliśmy rzeczkę w bród, wesoło zaturkotał wóz, który ją unosił. Dzień się zaczynał. Lekko kołysały się zboża, szliśmy młodym gajem. Po raz pierwszy od wielu lat byłem w Polsce. Towarzyszył mi Tur, młody robotnik warszawski. Szedł i świergotał jak ptak, jak jastrząb stroszył się i kwilił, to znowu śmiał się jak dziecko i echo budził. Wesół był, że przed nosem straży drukarenkę śmignął.

— Aż furczy — mówił — aż w uszach z radości furczy. — I wykrzykiwał znów: — Hej ha!

To znowu śpiewał:

Bo ja pan, bo ja król

Wśród zielonych łąk i pól.

Echo odpowiadało mu i on śmiał się:

— Moje; cała ta ruń się cieszy, tak raźnie przeleciał nasz ptak.

Oj, nie lada to ptaszyna,

Jaja składa co godzina,

A w tym jaju smok!